Portale randkowe pękają w szwach od osób będących w związku, ale szukających przyjaźni lub miłości. Oczywiście, część z tych osób szuka po prostu romansu, przygody – ale wiele z nich czuje się rzeczywiście samotnymi, mimo iż mają obok siebie męża, żonę albo partnera/partnerkę. Zeszyty Karmelitańskie, 4/2007
Portale randkowe pękają w szwach od osób będących w związku, ale szukających przyjaźni lub miłości. Oczywiście, część z tych osób szuka po prostu romansu, przygody – ale wiele z nich czuje się rzeczywiście samotnymi, mimo iż mają obok siebie męża, żonę albo partnera/partnerkę. Określają się jako „samotni w związku”… Trudno określić, czym jest taka samotność w związku. Dla jednych będzie to subiektywne odczucie niezrozumienia, braku wsparcia – inni zupełnie obiektywnie ze swoimi problemami (zdrowotnymi, finansowymi, rodzinnymi) borykają się w pojedynkę, mimo iż są związani sakramentem lub więzami formalnymi z drugą osobą.
Mur wzajemnej obcości
Małżeństwo powinno zaspokajać potrzebę bliskości, małżonkowie są zresztą nawet wobec prawa zobowiązani do wzajemnego wspierania się w działaniach na rzecz założonej rodziny – ale wystarczy, że zbyt mało znają swoje wzajemne potrzeby, aby zacząć się od siebie oddalać. Poczucie niezrozumienia to pierwsza cegiełka, która może dać podwaliny pod mur wzajemnej obcości. A ten bierze się często ze zwyczajnego egoizmu – po prostu oczekujemy od partnera czy współmałżonka, że będzie żył z nami, dla nas i przez nas. Że rozwiąże za nas problem, że poświęci całkowicie swój czas i uwagę naszym sprawom. Człowiek niekiedy tak bardzo skupia się na swoich doznaniach, potrzebach i marzeniach, że nie potrafi otworzyć się dla drugiej osoby – jest przekonany, że powinna ona nieomal czytać w myślach, czego się od niej oczekuje.
Niestety, ten problem dotyczy najczęściej kobiet. Poczucie osamotnienia zazwyczaj bywa spowodowane nadmiernymi, nierealnymi oczekiwaniami w stosunku do małżeństwa. Młode kobiety wchodzą w związek, mając nadzieję na bliskość i wsparcie w każdej okoliczności. Wyobrażają sobie związek jako „komunię dusz”, pełne porozumienie i przebywanie ze sobą w ścisłej więzi przez całą dobę, cały tydzień, całe miesiące, lata... Taka romantyczna wizja miłości jest popularyzowana przez kino i literaturę, telewizję i kolorowe czasopisma. W pogoni za takim „szczęściem” kobiety tracą rozeznanie, co jest naturalnym stanem rzeczy, naturalną koleją zdarzeń czy podziałem ról wreszcie. Mężczyźni z kolei popełniają inne błędy – nie potrafią i nie chcą rozmawiać o uczuciach. Kiedy żona czy dziewczyna – próbują przekazać im, jakie są ich oczekiwania, co jest dla nich ważne, albo po prostu, co sprawia im przykrość – odbierają to jako wyrzuty, zbiór pretensji – i zamykają się, reagując złością albo agresją. Podobnie reagują na łzy, które z kolei są naturalnym sposobem wyrażania uczuć przez kobiety.
Popularność idei „równości płci” powoduje zagubienie istotnej sprawy – że płci są równe, ale zupełnie różne. Inaczej z trudnościami radzi sobie kobieta, inaczej mężczyzna; inaczej też odczuwają oni emocje, inaczej odbierają dotyk, spojrzenie, słowo. Różnią się, jednym słowem, zupełnie. Warto różnice te zgłębić, przyswoić, zrozumieć... W pewnych sprawach biologia (w tym praca mózgu) działa bowiem na korzyść, w innych na niekorzyść którejś z płci i zamiast z tym walczyć, należy umiejętnie tę odmienność wykorzystywać. Zanim to jednak nastąpi, trzeba otworzyć się na wiedzę o tych różnicach, trzeba umieć przyjąć naturę taką, jaką ona jest – i nie próbować na siłę dostosować drugiej płci do własnych o niej wyobrażeń.
Kiedy przegląda się w internecie zapiski kobiet, które czują się samotne w związku, wszystkie skarżą się na to samo: na niezrozumienie, poczucie obcości, brak bliskości – zarówno w sferze psychicznej, jak i fizycznej. Uderzającym jest to, że bez względu na staż takiego małżeństwa, tego rodzaju kryzys rozpoczyna się ledwie dwa czy trzy lata po wspólnym zamieszkaniu. Ponieważ żadna ze stron nie potrafi mu zaradzić, kryzys narasta. Brakuje nam cierpliwości do tego, by setki i tysiące razy tłumaczyć, co jest dla nas ważne, by wyciągać dłoń mimo braku porozumienia. Brakuje tego obu płciom... Niestety, bez mozolnego budowania, bliskość nie pojawi się sama z siebie. Biorąc za dobrą monetę początkowe zauroczenie, wspierane przez feromony i serotoninę, popełniamy wciąż i wciąż ten sam błąd: naiwnie wierzymy, że będzie tak zawsze. Tymczasem chemia miłosnej fascynacji opada, by całkowicie zniknąć po dwóch, najwyżej trzech latach – i tu robi się miejsce dla świadomych działań, zmierzających w stronę utworzenia stabilnego, bliskiego związku w sposób całkowicie zamierzony i przemyślany. Może to brzmi mało romantycznie, ale jest bardzo prawdziwe i zwyczajne…
Niedojrzali w związku...
Gdy głębiej poszukać przyczyn takiego stanu rzeczy, uderzającym jest fakt, że niezwykle często w małżeństwo wstępują ludzie bardzo niedojrzali. I to bez względu na wiek. Współczesność naciska na ludzi, żeby się realizowali w sposób swobodny i nieskrępowany. Zamiast głębszych zainteresowań, serwuje pakiety z adrenaliną, proponuje szybką i bezmyślną przyjemność, realizację zachcianek bez względu na otoczenie. „Jesteś wolny!” – krzyczą media i reklamy. Człowiek natomiast nie bardzo pojmuje, czym jest taka wolność. Ulega modom na łatwe wrażenia i nadal czuje pustkę. Małżeństwo, które ze swej natury wymaga odpowiedzialnego poświęcenia, postrzega jako kłopotliwy ciężar. Jeśli w tym małżeństwie spotkają się dwie osoby, które nie potrafią odnaleźć swoich najgłębszych potrzeb, nie potrafią o nich mówić, a tym bardziej nie potrafią ich dostrzec u partnera – katastrofa murowana. Jeśli w związku w pewnej chwili braknie wspólnych zainteresowań – na przykład kobieta urodzi dziecko i nie będzie już tak skora do skoków z bungee, cóż znajdzie się w zamian? Dojrzały człowiek odnajdzie się w roli ojca i męża (lub matki i żony, bo to dotyczy obu płci), zdając sobie sprawę, że życie to przede wszystkim dobra codzienność. Ale człowiek nauczony przeżywać życie jako zbiór fajerwerków – będzie głęboko rozczarowany i poszuka innego, ciekawszego kompana do ubarwiania tej smętnej rzeczywistości.
To prawda, że nuda jest wrogiem związku. Nuda jednak rodzi się tam, gdzie są dwie osoby nieumiejące odnaleźć wspólnego języka, wspólnych zainteresowań. Minęła moda na długie narzeczeństwo, teraz za miłość bierze się zauroczenie seksualne, motylki w brzuchu i cały zestaw towarzyszących zauroczeniu okoliczności – nie zostawiając sobie czasu na wzajemne poznanie się. A to bywa kluczowe dla zbudowania małżeństwa, w którym samotność nie znajdzie dla siebie miejsca i nie rozpanoszy się krótko po ślubie...
Poczucie osamotnienia w związku jest bardzo niebezpieczne. Powoduje, że ludzie odsuwają się od siebie, nie potrafiąc się porozumieć. Odsuwają się tak daleko, że tworzy się między nimi pustka. W taką pustkę łatwo zaprosić kogoś innego, kto zapełni ją swoją obecnością, kto dostarczy na nowo zauroczenia i wzajemnej fascynacji... Robi się miejsce na zdradę. Zdrada bardzo często nie jest tylko cudzołóstwem, a prawie na pewno nie u kobiet. Kobiety często nie potrafią radzić sobie z pustką emocjonalną, próbują ją często zapełnić nową, odmienną emocją. Mężczyźni zresztą też bardzo często poszukują u kochanki (takiej, z którą tworzą równoległą do małżeństwa więź) zrozumienia, podziwu i... rozmowy. W codziennym narastaniu żalów i pretensji w warunkach domowych – coraz mniej jest miejsca na porozumienie między dwiema osobami, które wkraczały w związek z założeniem, że nikt i nic ich nie rozłączy. Tymczasem czynią to własnymi rękami.
Przekroczyć wzajemną samotność…
Jak zapobiegać kryzysowi osamotnienia w związku i jego konsekwencjom? Nade wszystko uczyć się ze sobą rozmawiać, uczyć się mówić – zwłaszcza o rzeczach trudnych i bolesnych, uczyć się przyjmować od współmałżonka słowa niepochlebne, ale mądrze prawdziwe nie jako wyrzucanie pretensji, ale jako wskazówkę do tego, jaką drogą należy razem podążać. Trzeba uczyć się mówić o swoich odczuciach bez wielkich emocji, a nade wszystko – nie czekać na nagromadzenie i wybuch. Eksplozja zawsze niszczy zbyt wiele, by mogła być drogą do budowania czegokolwiek. Tak długo, jak człowiek nie jest w stanie wyrwać się z kręgu swojego egoizmu, skupienia na swoich potrzebach i stałego doszukiwania się oznak akceptacji bądź nieakceptacji ze strony partnera – tak długo nie będzie w stanie stworzyć więzi. Budowa małżeństwa wymaga wyjścia naprzeciw naturze drugiej osoby, wymaga znalezienia do niej drogi – dopiero wtedy będziemy w stanie przekazać jej, co czujemy i myślimy, bez obawy o brak zrozumienia. Dopiero gdy poznamy swojego partnera, gdy dowiemy się, jak reaguje na rozmaite sytuacje i emocje, gdy zapracujemy na jego zaufanie (co dotyczy obu stron związku!) – będziemy potrafili przekazać mu spokojnie, rzeczowo, serdecznie, w atmosferze wzajemnej czułości – to, co mamy do powiedzenia. Nade wszystko – nie wolno się poddawać i zapiekać w poczuciu krzywdy po kilku, kilkunastu próbach dotarcia do drugiej osoby – w małżeństwo tak często wchodzi przecież dwoje bliskich, ale jakże obcych sobie ludzi... Trzeba dać sobie czas i możliwości jak najgłębszego wzajemnego poznania – to nie obędzie się bez wielu rozmów, bez bezustannych, wielokrotnych prób rozwiązywania konfliktów, bez mediacji, bez wyjaśniania, jak czujemy i jak funkcjonujemy. Małżeństwo potrzebuje czasu, by dojrzeć – ale potrzebuje też wielkiej troski, podobnej do troski rodzicielskiej: trzeba nieustannie dawać mu szansę na dojrzewanie. I nie można w złości zostawiać go samopas, zupełnie tak, jak zostawiać samopas nie można dziecka. Samotnie dojrzewający nastolatek czyni wiele głupstw, tak samo może być z mężem czy żoną pozostawionymi samymi sobie...
Jeżeli czujesz się samotny w związku, zastanów się, jaki związek zbudowałeś? Czy poświęciłeś mu wystarczająco dużo starań? Czy udało ci się wyjść poza swój egoizm w imię sprawy ważniejszej i ponadczasowej: w imię zbudowania więzi między Tobą a mężem/żoną? Zanim pójdziesz koić swoje troski w innych ramionach, zrób raz jeszcze rachunek sumienia. Dlaczego w Twoim małżeństwie jest tyle samotności...? I wyjdź nareszcie naprawdę naprzeciw mężowi/żonie – pokaż, ile jest w Tobie woli budowania Waszej więzi. Porzuć egoizm, pychę i złość. Zacznij budować, póki nie jest zbyt późno.
***
MAŁGORZATA SULARCZYK (1973) – publicystka portalu www.kafeteria.pl, gdzie prowadzi kącik porad dla strapionych. Aktorka krakowskiego kabaretu Loch Camelot. Współpracuje z aktorami i piosenkarzami, promując ich działania artystyczne. Mama pięcioletniego Karola. Kraków.
– Czegoś nam brak i do końca nie wiemy czego. Nie mamy o czym rozmawiać, albo nie czujemy wsparcia, często zainteresowania. Nie ma w nas radości, energii. Jest za to smutek, przygnębienie. Niskie fale. Ale także lęk, że jest się samym - to zagrażające. Poczucie, że czuję się samotna w związku, to czubeczek góry lodowej. Co jest pod spodem - te sześć siódmych - to jest dopiero zagadka – mówi w wywiadzie dla Musu psychoterapeutka Katarzyna Chustecka.
ALEKSANDRA MALINOWSKA, Mus: Jesteśmy z kimś, a czujemy się sami. Razem, ale osobno. Samotność w związku - co to za zjawisko? KATARZYNA CHUSTECKA, psychoterapeutka: Z drugim człowiekiem spotykamy się na różnych poziomach. Jednocześnie też jesteśmy w relacji sami ze sobą. I od tego, tak naprawdę, uzależnione jest nasze odczuwanie samotności w związku. Za tą samotnością może stać dużo różnych potrzeb, różnych konfliktów. Najpierw należałoby się zastanowić, co nazywam samotnością, jakie to dla mnie doświadczenie. Bo dopiero wtedy można odkryć, co jest do zrobienia, jaka jest droga wyjścia. Poczucie, że czuję się samotna w związku, to czubeczek góry lodowej. Co jest pod spodem – te sześć siódmych – to jest dopiero zagadka.
Zacznijmy od tego jakie są symptomy samotności w związku. Odczuwamy, że czegoś nam brak i do końca nie wiemy czego. Może być tak, że właściwie nie jest nam w tym związku jakoś bardzo źle, ale nie mamy o czym rozmawiać, albo nie czujemy wsparcia, często zainteresowania. A jak się spotykamy, nie ma w nas radości, energii. Jest za to smutek, osowiałość, trochę przygnębienia. Niskie fale. Ale także lęk, że jest się samym - to zagrażające, przytłaczające.
Już nazwałyśmy te odczucia samotnością i teraz zastanawiamy się, dlaczego to się nam przydarzyło. Chciałabym powiedzieć o dwóch możliwych przyczynach tego zjawiska. Może tu chodzić o to, by związek się zacieśnił, by pójść w stronę bliskości w relacji. Ale za samotnością może też stać potrzeba głębszego zajęcia się sobą. W pierwszym przypadku może nam chodzić o to, żeby druga strona bardziej się mną zajęła. Warto zadać sobie wówczas pytanie, czy my we dwójkę jesteśmy sobą zainteresowani. Na ile widzę, że to jest drugi człowiek, a nie postrzegam go tylko w ramach jakichś wyobrażeń, przyzwyczajeń, wygody. Czy zauważam jego potrzeby, czy jestem nim najszczerzej zainteresowana. I najlepiej, zanim skierujemy żale i pretensje pod adresem partnera, najpierw sobie zadać te pytania. Czuję, że on nie darzy mnie zainteresowaniem, ale czy ja się nim interesuję? Jeśli chcę, żeby on był mną bardziej zainteresowany, to warto wiedzieć, o jakie konkretnie zainteresowanie mi chodzi. Co ja bym chciała, żeby się wydarzyło między nami? O jaki rodzaj bycia razem mi chodzi? Może o zapomnianą fascynację?
A drugi przypadek? Samotność w związku może brać się z tego, że sama nie jestem w bliskiej relacji ze sobą. Warto więc zapytać się: Czy ja jestem sobą zainteresowana? To się często zdarza w sytuacji, kiedy partner rzeczywiście jest sobą zajęty, ma swoje pasje, realizuje się poza związkiem. Mój zarzut jest wtedy taki: Ty masz swoje sprawy, a mną się nie interesujesz. A czy przypadkiem nie przydałoby mi się zająć sobą w takim zdrowym egoistycznym znaczeniu tego słowa. Zastanowić się: Co ja lubię robić? Bo może mu trochę zazdroszczę, że on ma swoje pasje?
I samotność jest mi potrzebna, żeby usprawiedliwić moje żale i pretensje. No tak. W nim lokuję odpowiedzialność za to, że jestem taka niezrealizowana i taka samotna. Czasami malutka samotność, taka na mikro skalę, dotyka nas, kiedy będąc z kimś, nie mamy kontaktu ze sobą. Nie możemy się sobą zająć z powodów różnych wewnętrznych przekonań, przyzwyczajeń, ograniczeń. Mieć zainteresowania to też odpowiedzialność, bo to ja wybieram swoją drogę. W tym przypadku rozwiązaniem może okazać się po prostu zajęcie się sobą. To nie musi się dziać na jakąś wielką skalę, chodzi o coś takiego jak własna przestrzeń. O banalne rzeczy – poranne picie kawy i patrzenie się w okno. Święte pół godziny dla siebie. Przestrzeń, w której naprawdę rozpoznaję siebie, bez relacji z tą drugą osobą. Zadbanie o to, żeby mieć własne miejsce, sprawia że odnajduję „swój dom”. I ta samotność powoli się rozpuszcza.
Czasami bywa też tak, że każda ze stron w związku ma swoje pasje i swoją przestrzeń. W ciągu dnia każdy żyje w swoim świecie, a wieczorem siadają obok siebie i nie mają o czym rozmawiać. I ktoś czuje się samotny. Mówisz o poziomie komunikacyjnym relacji. W takiej sytuacji warto zadać sobie takie pytania: Czy chcę się z nim dzielić tym, co wydarzyło się w ciągu dnia? Czy chcę, żeby on naprawdę mnie słuchał? - i samej zacząć robić to, czego w tej chwili między nami brakuje lub o to poprosić.Czas ami kłopotem w związku jest powiedzenie czegoś takiego jak: Bardzo potrzebuję, żebyś był tutaj dla mnie i słuchał, co ja gadam. Potrzebuję, żebyś po prostu był. Potrzebuję wsparcia. Ludziom niekiedy trudno przyznać się do pewnej zależności. Jest w nas ta potrzeba, tylko że my nie potrafimy zrobić na nią miejsca, bo stawia nas ona w pozycji kogoś słabszego. Bo generalnie to siła jest premiowana, słabość o wiele mniej. Do słabości w relacji trudniej się przyznać z obawy, że się zostanie porzuconym, odrzuconym.
Mówisz o trudności nawiązywania głębokiej relacji, której efektem może być poczucie samotności w związku. Z czego to może wynikać? Na pewno z tego, że nasza kultura lubi ludzi silnych. Silne jednostki. Jesteśmy społeczeństwem indywidualistycznym. Jeżeli kogoś potrzebuję, to znaczy że z moją siłą jest coś nie tak. Może tu chodzić też o jakieś indywidualne uwarunkowania. Może ktoś kiedyś poczuł się odrzucony lub był w sytuacji, kiedy potrzebował pomocy, a dostawał wyraźne „nie” od znaczącej osoby. I stąd wynika jego: „Ja nie potrzebuję, sam dam sobie radę”. A potem jest mu źle. Oczywiście, że tak. Jest jeszcze jedna trudność komunikacyjna. Czasem uważamy, że o niektórych rzeczach nie należy ze sobą rozmawiać. Nie mogę wyrazić jakiejś swojej krytyki lub pewnych oczekiwań. Na początku są to małe szczelinki, które potem rozrastają się w wielkie rozziewy między nami. I rzeczywiście jesteśmy daleko od siebie. Warto sobie uzmysłowić, czego nie mówię i co bym chciała powiedzieć. Może jest we mnie złość, a chodzę smutna i przygnębiona. Na co sobie nie pozwalam w tej relacji i dlaczego. A może jednak zrobię to? Chociaż trochę, chociaż na próbę.
Czasami samotność w związku może oznaczać jego koniec? Może też tak być. Psychologia procesu mówi o micie relacji, czyli o jego ukrytym sensie. Po co ta relacja jest? Po co my dwoje zeszliśmy się ze sobą i co poprzez nasz duet będzie się chciało wydarzyć? Mit relacji można rozpoznać w znaczących wydarzeniach z czasu, kiedy związek się zaczynał, kształtował. Chodzi tu o jakieś niezwykłe przypadki, niespotykane zdarzenia, które potem pamiętamy.
Warto do tego wracać? Tak. Mit jest czymś takim, co organizuje związek. Jeżeli go zaniedbamy, tracimy kontakt z siłami, które nasz związek stwarzają i relacja się rozpada. Czasami jest tak, że mit się dośni do końca, wypełni. Osiągnęliśmy to, do czego relacja była przeznaczona, no i wtedy koniec - pora się rozstać. Ale to zdarza się rzadko. Zawsze warto wrócić do początku, na nowo odkryć mit i wnosić go do życia, by się realizował. Arnold Mindell, twórca psychologii procesu, na warsztatch, które prowadził w Polsce mówił, że lekarstwem na utratę poczucia sensu relacji bywa powrót do miejsca, w którym się zeszliśmy. Pobycie w energii tego miejsca, bo ono było ważną siłą, która uczestniczyła w tworzeniu nas.
Poczucie samotności w związku może być punktem zwrotnym, momentem kiedy uświadamiamy sobie, że trzeba coś zmienić, tak? Oczywiście. Trzeba poszukać, czego potrzebuję, a na co sobie nie pozwalam. Jeżeli jesteśmy w stanie szczerze przyjrzeć się tej sferze, to natrafimy, o co tak naprawdę chodzi. Czy chodzi o to, żeby być bliżej tej relacji, czy może o to, żebym stała się bardziej inrowertyczna, skupiona na sobie. Jaka niezrealizowana potrzeba za tym poczuciem stoi? Czy potrzebuję się powkurzać, domagać się czegoś otwarcie lub o coś poprosić, czy też powiedzieć: Dajcie mi spokój, ja teraz piję kawę. Albo: Wychodzę na spotkanie z koleżankami. Wyjście z koleżankami może pomóc w tym, żeby nie czuć się samotnym w związku? Oczywiście, że tak.
Osobista przestrzeń, taka którą mamy poza relacją, jest chyba każdemu potrzebna. Nie lękajmy się jej. Najpierw muszę coś dać sobie, żeby świadomie móc wnosić siebie do związku. Tyle i tyle jest moje i tylko moje, a tyle i tyle daję.
Czy są ludzie, którzy mają predyspozycje do tego, żeby mocno odczuwać samotność? Czasami człowiek jest samotny, ponieważ nie jest przeznaczony do związku. Nie w relacji realizuje siebie na najwyższych nutach. Jest samotnikiem, introwertykiem. Realizuje się na drodze oddania się jakiejś wyższej idei, na jakiejś ścieżce duchowej. Tak jest chyba z duszami artystycznymi. Trochę trudno się temu sprzeciwić. Można próbować iść pod prąd ze względu na przekonania własne czy rodziny, ale to tylko przysporzy frustracji. Relacja z kimś takim będzie wyjątkowa. Najlepiej od razu postawić sprawę jasno, że jestem typem samotniczym, mogę kochać, ale oddaję się czemuś innemu i to jest dla mnie bardzo ważne. Samotność jest chyba wpisana w życie każdego z nas. Ta w związku też? Nie chciałabym, żeby to zabrzmiało katastroficznie. Ostatecznie mam do tego konstruktywne podejście. Samotność w związku jest objawem, że coś ważnego się nie wydarza, że czegoś brak. Owszem, to jest smutne, trudne, może nawet trzeba będzie się rozstać. Ale z drugiej strony fajnie, że samotność się pojawia, bo dotyka potrzeby zadbania o siebie. Gdy doskwiera, to znak że trzeba coś zrobić. Zróbmy to! Zadawajmy sobie ważne pytania na swój temat!
W Warszawie zaczynają się pierwsze w Polsce zajęcia dla mężczyzn - ofiar przemocy domowej.
Przemoc domowa dotyka również mężczyzn
Ich historie wyglądają różnie, ale początek jest zawsze ten sam: poznają kobietę. Mija kilka randek albo kilka lat. Ona zachodzi w ciążę. On panikuje, bo to wpadka, albo wpada w euforię, bo to wyczekane. Ono jest już na świecie, a oni kłócą się coraz częściej. A potem albo ona wystawia walizki za drzwi, albo sama ucieka, albo tkwią we wspólnym mieszkaniu, ze wspólnym dzieckiem, w obopólnej nienawiści. Wariantów jest kilka, ale finał zawsze ten sam: brak happy endu.
Takie historie opowiadają mężczyźni, którzy od kilku lat spotykają się w każdą środę w siedzibie Fundacji Akcja na Ochocie. Tworzą grupę wsparcia. Otwartą, czyli taką, do której w każdej chwili można dołączyć. Przemoc jest we wszystkich ich powieściach: drapanie po twarzy, okładanie pięściami, niszczenie ulubionych przedmiotów. Bardziej niż uderzenia - takie wrażenie odnosi się, słuchając tych historii - boli jednak brak kontaktów z dziećmi, które matki, wbrew orzeczeniom sądów, izolują od ojców.
To także przemoc, tyle że psychiczna - tłumaczy Robert Kucharski, szef Fundacji Akcja. Organizacja od dłuższego czasu szukała miejsca, gdzie mężczyźni ofiary przemocy domowej mogliby liczyć na fachową pomoc. Na próżno.
Raz, że ta patologia bywa traktowana jak komedia. (Kto nie pamięta Jerzego Stuhra, który jako Maks w "Seksmisji" wił się na podłodze, wykrzykując: "Kobieta mnie bije!"?).
- Gdy pierwszy raz zgłosiłem na policji, że pobiła mnie partnerka, funkcjonariuszka roześmiała mi się w twarz - opowiada jeden z uczestników zajęć.
Dwa, że problem jest mało znany i słabo opisany. - Dlatego prężnie działające ośrodki wspierające kobiety osobnych grup dla mężczyzn nie chcą tworzyć. Z drugiej strony pań z panami wolą nie mieszać, bo - wiadomo - z takimi doświadczeniami można mieć opory przed otwarciem się w obecności przeciwnej płci - opowiada Kucharski.
Fundacja zdecydowała więc, że pomoc dla mężczyzn, którzy zgłaszają się z tym problemem, zorganizuje sama. Pomoże grant z urzędu miasta. Zajęcia zaczną się na początku sierpnia i potrwają do końca roku, ale zgłaszać można się już od poniedziałku, dzwoniąc na specjalny numer 22 465 16 46 begin_of_the_skype_highlighting 22 465 16 46end_of_the_skype_highlighting w godzinach: poniedziałek 13.30-18.30, wtorek 10.30-15, środa 13-18, lub mailowo: biuro@fundacjaakcja.pl
Potem z chętnymi porozmawia psycholog, który zadecyduje, czy kwalifikują się do udziału w programie. Ci, którzy usłyszą pozytywną odpowiedź, trafią albo na terapię indywidualną, albo - jeśli są bardziej otwarci - na zajęcia grupowe. Wszystkim Fundacja Akcja gwarantuje pełną anonimowość.
Dlaczego słowo „zdrada” brzmi tak strasznie? Bo to okropnie być tą zdradzoną osobą. Jeśli ktoś nas zdradzi, to chociaż źle zrobi, to my stoimy (albo sami siebie stawiamy) na pozycji ofiary. Zdrada, szczególnie zdrada małżeńska, jest przedstawiana jako koniec świata. Ale czy naprawdę nim jest?
Pytanie pierwsze – co to jest zdrada?
Tego do końca nie wiadomo. Niektóre definicje podają, że zdrada to świadome zawiedzenie czyjegoś zaufania. Jednakże, przyznacie, że większości zdrada kojarzy się z kochankami i seksem. A przecież można ją rozumieć o wiele szerzej. Jeśli tak na to spojrzymy – dojdziemy do wniosku, że każdy w życiu został chociaż raz zdradzony, a może i zdradził kogoś. Zdrada bardzo boli. Kiedy zdradza najlepszy przyjaciel czy przyjaciółka – ugodzona zostaje nasza duma, zaufanie, miłość czy przyjaźń do tej osoby. Nie jest tak łatwo drugi raz komuś całkowicie zawierzyć.
Zdrada małżeńska
Tak ogólnie nazwijmy sobie każdą zdradę w związku. Tylko dla jednego zdrada będzie pożądliwym spojrzeniem, dla innego pocałunkiem, dla kogoś jeszcze regularnym stosunkiem seksualnym. Co wy myślicie, kiedy słyszycie, że „żona go zdradza”?
Zdrada a trwałość związku
Każdy człowiek jest inny, każdy związek jest inny, każda zdrada jest inna. Jeśli ktoś cię zdradzi możesz wybaczyć, możesz zapomnieć, możesz czynić wyrzuty, możesz czuć się podle, możesz związek zakończyć lub też w nim trwać. Wyjść jest wiele i żadne z nich nie jest uniwersalne. Spójrzmy na to jednak z tej strony: zostałaś zdradzona, on pozwolił sobie na skok w bok. Jeden raz. I teraz czołga się z bukietami róż u twych stóp. Czy warto wybaczyć?
Tylko ty znasz odpowiedź na pytanie, czy warto. Kochasz go? Czujesz, że jego skrucha jest szczera? Przetrwasz rozstanie? Czasem to nie zdrada tak bardzo boli, ale duma (jak on mógł mi to zrobić?!), próżność (co inni o mnie pomyślą, będą się litować?) oraz świadomość, że musisz się rozstać z ukochaną osobą. Pytanie tylko – czy faktycznie musisz?
Musimy się rozstać!
Wyobraź sobie wagę. Na jedną szalkę kładziesz wasz związek – całą jego przeszłość, wspomnienia, plany, wszystkie radości. Czasem są to długie lata harmonii i miłości. Na drugą szalkę kładziesz – jednorazowy seks. Co przeważy? Nadaj rzeczom i zdarzeniom odpowiednią rangę. Inaczej widzi się świat w złości i przez łzy.
Powody zdrady
Ale czasem zdrada nie jest po prostu jednorazowym seksem. Czasem jest konsekwencją braku miłości lub nowej miłości. Dwie osoby chcą ze sobą być i po jakimś czasie chyba już nie chcą. Dwie osoby chcą być ze sobą i nagle jedna z nich oczarowana jest kimś innym. Co wtedy zrobić? Nie ma żadnych złotych rad. Jeśli to związek dwóch świadomych i dojrzałych osób, razem mogą zdecydować. Jeśli seks był tylko wyrazem bólu lub nudy i to stare uczucie jest – chociaż może o wiele słabsze – zawsze można je obudzić. Miłość to akt woli. Nie jest łatwa. Ale możliwa. Jeśli w grę wchodzi ktoś trzeci i zanosi się na to, że to jest miłość życia – cóż, również trzeba podjąć decyzję.
Zdrada jako objaw chorobowy
Zdrada to pewien komunikat. Niekoniecznie totalna porażka związku czy osoby. To objaw choroby związku. Pytanie – czy chcecie go leczyć? W miłości wszystko jest możliwe. Chociaż wiele osób załamuje ręce i poddaje się przed czasem. Owszem, o wiele łatwiej zmienić obiekt zainteresowań niż wziąć się do roboty nad związkiem. Mam wrażenie, że ta „robota” o wiele łatwiej wychodzi kobietom. To one bardziej zabiegają o klimat związku. Niektórzy mężczyźni po prostu są. Są w związku i na tym ich rola się kończy. A związek czy małżeństwo to coś jakby inwestycja. Miłość, która nas spotyka, jest jak wygrana w totka. Tylko te pieniądze łatwo jest roztrwonić, o ile nie dbamy o naszą inwestycję. Stąd też się biorą zdrady. Trawa zawsze zieleńsza po drugiej stronie płotu. Rozmowa o przyszłości związku i o wspólnym jego odbudowywaniu też może być dobrym testem. Czy on będzie chciał się zaangażować? Czy po prostu będzie twierdził, że nic takiego się nie stało i że wszystko ma być jak dawniej...
Ja nie jestem zdecydowana...
Czasem zdrada bierze się z tego, że sami nie wiemy, czego chcemy. Niby kochamy, ale gdzieś nas tam ciągnie. To niekoniecznie jest natura ludzka (a już zwłaszcza męska!). To pewien wybór. On też coś mówi o nas, o naszych pragnieniach. Niekoniecznie, że jesteśmy z gruntu źli, może raczej zagubieni? Niepewni?
Zostałam zdradzona i czuję się...
...świetnie! To, jak się czujesz, zależy od ciebie. To nie do końca jest tak, że jeśli ktoś cię zdradził, musisz czuć smutek i rwać sobie włosy z głowy. Wiem, że to nie jest łatwe, skakać z radości z tego powodu, ale – jeśli kochasz, jeśli chcesz z nim być, jeśli dajesz wam szansę – im szybciej o tym zapomnisz, tym łatwiej ci będzie. Skup się na przyszłości. I na teraźniejszości! To, co się stało, już się nie odstanie, ale to, co się zdarzy – zależy tylko od was.
Czwartek, 13 września 2007 (13:33) Aktualizacja: Czwartek, 13 września 2007 (13:34)
Zdrada czy brak świadomości?
Autor: pi76 /GALERIA.INTERIA.PL
Na interiowym forum pojawił się wątek, dotyczący klubu pomocy dla kobiet, których mężowie romansują przez sieć. Sprawa została postawiona dość otwarcie, i stąd moje podejrzenia, czy nie nazbyt pochopnie została "rzucona" inicjatywa powstania takiego klubu. Jeśli ulotną pogawędkę na CZATerii czy wymianę maili uznamy za romans to mamy tu raczej do czynienia z chorobliwą zazdrością.
Nie zawsze jednak mamy możliwość sprawdzenia, czy przekonania się co tak naprawdę się za takimi rozmowami kryje. Jeśli dochodzi już do sytuacji ekstremalnej, to znaczy mamy poważne podejrzenia, że jesteśmy zdradzani przez partnera, dużo lepszą metodą do rozwiązania tego problemu, wydaje mi się szczera rozmowa, niż uciekanie się do podstępu.
Stosując takie metody, stawiamy siebie i partnera w dość nieciekawej sytuacji, a przede wszystkim mocno zostaje nadszarpnięta kolejny raz więź i zaufanie między partnerami... Brnąc zaślepieni własnym przekonaniem o wyrządzonej krzywdzie stawiamy kolejny krok w kierunku "rozbicia" związku, tylko i wyłączni w imię czyjegoś zaniedbania. Jeśli postawi się sprawę jasno, powinno to dać do myślenia drugiej stronie, a wyniki będą tożsame jak w przypadku stosowania podstępu - w końcu musi dojść do określenia się drugiej strony.
Jakiś czas temu przeczytałem ciekawy tekst, odnoszący się częściowo do tego zagadnienia (autora niestety nie pamiętam). Tekst opisywał, znużonego pożyciem małżeńskim mężczyznę, który rozpoczął internetowy romans z przypadkowo poznaną w sieci kobietą. Życie obojga bohaterów zaczęło się kręcić w okół wspólnej wymiany maili. Narzekali w nich na współmałżonków, budowali własny świat - ciągnęło się to tygodniami - postanowili się spotkać w tajemnicy przed współmałżonkami... Jakie było ich zdziwieni, gdy w umówionym miejscu, o umówionej godzinie oboje z bohaterów w tajemniczej osobie z sieci, rozpoznało swojego współmałżonka...